Komputery...

Marek | Blog Marka | 2017-07-17, 19:54

Nowoczesność nowoczesnością, ale jeśli coś mi nie gra w komputerze wyłączam go na kilka minut. Albo restartuję. I jakoś znowu działa. Szkoda, że nie wszystko da się zrestartować... Żal, że natura nie wymyśliła nas tak, żebyśmy każdego roku odradzali się na wiosnę. Wszystko nowe, młode. A może to by było nudne? Pomyślę o tym jutro... Dziś był dobry dzień, bo lubię poniedziałki. 17.07.17 - ładnie. Podgrzybki na obiad. Pachną lasem.



A na Myśliwieckiej mirabelka zaczęła sypać małymi, żółtymi kuleczkami. Niby zmarzła wiosną, ale coś tam się jednak ostało. Będzie kompot! Kiedy dziś rano przypomniałem dwie piosenki z 1977 roku (Thin Lizzy i Thelma Houston), zapachniało latem. Sięgnąłem więc po moją listę sprzed 40 lat. Tak wyglądała:

1. I’m in You – Peter Frampton
2. I Just Wanna Be Your Everything – Andy Gibb
3. On the Border – Al Stewart
4. I Feel Love – Donna Summer
5. Year of the Cat – Al Stewart
6. Looks Like We Made It – Barry Manilow
7. Fly Like an Eagle – Steve Miller Band
8. Lonely Boy – Andrew Gold
9. Easy – Commodores
10. Don’t Stop – Fleetwood Mac
11. My Heart Belongs to Me – Barbra Streisand
12. Take the Money & Run – Steve Miller Band
13. Lord Grenville – Al Stewart
14. Peace of Mind – Boston
15. You’n’Me – Alice Cooper

Piękne wspomnienia. Posłuchałem więc albumów “Year of the Cat” Ala Stewarta i “Acoustic Classics” Framptona, bo tam jest nowa wersja “I’m in You”. Dorosła, bo nagrana w ubiegłym roku. Piękna i prawdziwsza od tej sprzed 40 lat. Takie mam wrażenia...
Zdjęcia na dziś: resztki z Bonifacio. Więcej nie mam, trzeba będzie zaplanować lot na Korsykę. Po następne piękne wspomnienia.
Wino na dziś: Fattoria La Vialla, „Casa Conforto” Chianti D.O.C.G. Riserva 2013. Znaczy Italia. Zawsze mi się wydawało, że chianti to nie mój smak. Jeśli jest dobre, to jednak tak...
PS: 40 lat temu właśnie trenowałem przed wyjazdem do Włoch na rowery. 17 lipca przejechałem 59 kilometrów. Miałem je w nogach. Nie przypuszczałem wtedy, że za kilka tygodni będą takie dni, kiedy wykonam ponad 100 kilometrów na rowerze... Ja? Tak ja.
To wrzucę sobie jeszcze „Fly Like an Eagle” Steve Miller Band. Album ukazał się w maju 1976 roku, ale w tamtych czasach muzyka nie docierała do nas tak szybko, jak teraz. Płytę kompaktową kupiłem sobie najprawdopodobniej w 1992 roku w Helikonie na Nowym Mieście. Kosztowała 180 tysięcy złotych. Nigdy nie żałowałem kasy na muzykę...



Komputery...Komputery...Komputery...Komputery...
Komputery...Komputery...Komputery...Komputery...
Komputery...Komputery...Komputery...Komputery...
Komputery...Komputery...Komputery...Komputery...
Komputery...Komputery...Komputery...Komputery...
Komputery...Komputery...Komputery...Komputery...
Komputery...Komputery...Komputery...Komputery...
Komputery...Komputery...Komputery...Komputery...
Komputery...Komputery...Komputery...Komputery...

Pozostałe wpisy
» Zaćmienie... (2017-08-21, 20:02)
» Pada... (2017-08-19, 19:54)
» Zamach w Barcelonie... (2017-08-17, 20:02)
» Biurko... (2017-08-14, 19:54)
» Zamek Czocha... (2017-08-12, 19:54)
» Dzwonek Karkonoski... (2017-08-10, 19:54)
» Byłem w Nowym Jorku... (2017-08-09, 20:02)
» WodaWodaWoda... (2017-08-03, 19:54)
» Upał i prawdziwki... (2017-07-31, 19:54)
» Styx... (2017-07-29, 19:54)
Marek Niedźwiecki RSS Feed

Ten blog to wyraz moich osobistych poglądów. MN