Vannelli...

Marek | Blog Marka | 2018-04-11, 19:54

Poniedziałek rano. Czy chce mi się lecieć do Szczecina? Śniadanie zjadłem jak zwykle o 7. W radiu byłem tuż po 8. Kroki przed audycją, znaczy jak zwykle. Ostatnią piosenkę w audycji zapowiedziałem o 11.38. "Brother To Brother". Taksówka na lotnisko zamówiona na 11.40. Poszło jak z płatka. Już tuż po 12 odprawiałem się. No i wtedy przyszła radość. Jednak lecę. Jednak zapowiem i zobaczę ten koncert! Trzeba spełniać marzenia...




Poprzednie koncerty szczecińskie odbywały się w Trafostacji. Kari Bremnes, Silje Nergaard, Thomas Dybdahl, Mario Biondi... Kiedy organizator tych spotkań, Sylwester Ostrowski zapytał: "kto następny, Panie Marku?", powiedziałem Gino Vannelli. Tak, żeby go zniechęcić, bo wiedziałem, że ten Artysta jest poza naszym zasięgiem. Dwa lata po tej rozmowie leciałem do Szczecina na koncert Gina. Znaczy wszystko jest możliwe? Sylwester poprosił, żebym następnie nie zaproponował George'a Michaela. Na razie nie mam następnych propozycji... Koncert Gina był znakomity. Mam nadzieje, że to nie tylko moje zdanie. Świetnie śpiewa, znakomicie prowadzi zespół. Wszystko było takie, jakie być powinno. Chyba wyglądałem dziwnie, bo przez te półtorej godziny uśmiech nie znikał z mojej twarzy. Gino Vannelli w Filharmonii w Szczecinie. Jednak się udało... Na dodatek Artysta i muzycy Jego zespołu są bardzo normalni i sympatyczni. Żadnego gwiazdorstwa. Pełna zgoda na autografy i zdjęcia. No i jak On wygląda? Góra 40 plus. Po koncercie wreszcie mogłem coś przełknąć. Dwie kanapki z szyną. Złapałem je w garderobie. Po 22 do hotelu. Okazało się, że nasi goście też tam nocowali. Poszliśmy z Aliną i Adamem na lampkę wina do baru. No bo jak tak nagle iść spać? Popieramy lokalne. Zamówiliśmy butelkę Solaris z winnicy Turnaua (Grzegorza Turnaua). Wyborne... Nagle w barze pojawił się Gino. Podszedł do nas. Zapytałem, czy ma ochotę spróbować naszego wina. Lampka wina dla Gina? Spróbował, smakowało. To był długi, ale piękny dzień. Wtorek rano... Śniadanie o 9. Potem krokusy, kawa, taksówka na lotnisko. Samolot powrotny trochę opóźniony. Komunikat mówił, że z powodu dużego ruchu nad Warszawą musimy wylecieć spóźnieni. To nikt tam już nie panuje nad rozkładem lotów? Miałem być w domu po 16, byłem po 17. Muszę chyba przestać latać, bo powroty wyprowadzają mnie z równowagi. Dochodzę do siebie, ale przeziębienie mija mi jakoś powoli.
Od dwóch dni słucham albumu "Live in LA" - Gino Vannelli. Rok wydania 2015, a więc to prawie taki koncert, jak ten w Polsce. Zapraszam jutro na "Tonację Trójki". Będą wspomnienia...
Wino na dziś: Rosemount Estate Grenache Shiraz 2016, South Eastern Australia. Też tylko piękne wspomnienia...
PS: mała butelka wody gazowanej na lotnisku w Warszawie kosztuje 10 złotych. Latanie nie jest tanie...

Vannelli...Vannelli...Vannelli...Vannelli...
Vannelli...Vannelli...Vannelli...Vannelli...
Vannelli...Vannelli...Vannelli...Vannelli...
Vannelli...Vannelli...Vannelli...Vannelli...
Vannelli...Vannelli...Vannelli...Vannelli...
Vannelli...Vannelli...Vannelli...Vannelli...

Pozostałe wpisy
» W Kolorado jestem spalony... (2018-08-18, 19:54)
» Queen of Soul... (2018-08-16, 19:54)
» Jutro Warszawa... (2018-08-15, 02:22)
» Przelewanie czasu... (2018-08-12, 18:18)
» Milczenie... (2018-08-08, 17:17)
» Przeminęło z wiatrem... (2018-08-02, 19:54)
» Kora... (2018-07-30, 19:54)
» Szał Niebieskich Ciał... (2018-07-28, 19:54)
» Upał... (2018-07-26, 19:54)
» Droga, którą jechałem... (2018-07-23, 19:54)
Marek Niedźwiecki RSS Feed

Ten blog to wyraz moich osobistych poglądów. MN