Cradle Mountain

Marek | Blog Marka | 2009-07-18, 09:51

środa, czwartek, piątek, sobota 15 - 18 lipca 2009
Wylosować trzy takie dni… Bezcenne! Nie dość, że prawie nie było zimy, a wszyscy przestrzegali, że zmarzniemy jak psi, to na dodatek pogoda była jak na zamówienie. Na 365 dni w Cradle Mountain 300 dni pada. Albo deszcz albo śnieg. Tym razem nas oszczędziło. I mocno nagrodziło. Na środę zaplanowaliśmy, znaczy Gunia, nasza „przodowniczka – przewodniczka” zaplanowała, trudny spacer na trasie Overland Track. To takie przejście z Cradle Mountain do Lake St.Clair. Sześć dni marszu w niespecjalnie łatwych warunkach. Myśmy zrobili tylko ten pierwszy dzień. Ponoć najbardziej spektakularny, jeśli chodzi o widoki… Ale było!


Budzenie o 7, znaczy tuż po wschodzie słońca. Szybkie śniadanie (Eggs Benedict), szybka jazda z Lemonthyme do Cradle Mountain. Około 10.15 już tam byliśmy. Od razu pierwsze spotkanie z wombatem na wolności. Sympatyczny zwierzak… Zajadał śniadanie tuż obok Wilderness Village, w której byłem już dwa razy. Same piękne wspomnienia na początek dnia. Na trasę wyszliśmy kwadrans przed 11. Od razu zamurowało mnie pięknymi widokami. Było ciężko, bo ciągle pod górę. Już miałem ochotę wracać. Warto było jednak iść do góry, żeby zobaczyć stamtąd Dove Lake i inne, mniejsze jeziora. Co za widoki! Proszę popatrzeć na zdjęcia. Po trudnych podejściach potem już jak po stole, w kierunku Cradle Mountain, bo tak się nazywa ta góra bardzo często fotografowana. Nie tylko przez nas. To jeden z wizerunków Tasmanii – The Holiday State. Najczęściej fotografowane przez turystów miejsce na tej wyspie. Sam tez pobiłem rekord strzałów. Trochę ponad 400. Przesada, ale nie mogłem się opanować. Będzie jak znalazł na wspominanie po powrocie. Czasami się czułem jak w Snowy Mountains, bo śniegu jednak trochę w górach leży. Przewodnik turystyczny mówi, że tę trasę przechodzi się w 5 godzin. Nam zajęło trochę dłużej, bo cała nasza czwórka była sekcją fotograficzną. Nawet Kicię złapało, choć wcześniej nie miała ochoty na zdjęcia. Ostatnie pół godziny to znów spotkanie z wombatami, już wyszły na żer. Cali i szczęśliwi dotarliśmy do samochodu i pojechaliśmy do Dove Lake. Już chyba wtedy zapadła decyzja, że następnego dnia zrobimy trasę wokół jeziora.

Jak postanowili, tak zrobili. Rano we czwartek trochę czuliśmy poprzedni dzień w nogach, ale trzeba było to rozchodzić. Dove Lake Circuit to cudowny spacer wokół jeziora. Łatwy. W dwie godziny… Nam oczywiście zajęło to znacznie więcej czasu, ale to dlatego, że nasza sekcja fotograficzna działa codziennie. Posiedzieć nad jeziorem – sama przyjemność. Niby zima, ale słońce grzało jak szalone. To chyba nawet widać na zdjęciach. Pirat Extremalny poszedł znów mocno pod górę, za to widział pewnie więcej od nas. Po wycieczce znów spotkanie przy samochodzie, w drodze powrotnej pub w Cradle Mountain. Dzień krótki… Kończy się jakoś tuż po 17.
No i koniec naszej wyprawy do Cradle Mountain. W piątek rano pobudka znów o 7, bo odwoziliśmy Kicię na lotnisko do Launceston. Dwie godziny jazdy… I to jakiej? Mgły, mróz na roślinkach… Gdyby nie to, że samolot nie zaczeka, byśmy jechali znacznie dłużej. Sekcja fotograficzna. Pirat dał nam szansę tylko dwa razy. Mgły i mróz na zdjęciach. Zdążyliśmy na samolot Kici do Sydney, ale tak na styk. Potem droga powrotna do Hobart przez Swansea. Znowu wspomnienia, bo tam zaczynałem swoją pierwszą podróż po wyspie z Anką i Edkiem jakieś 10 lat temu… Do Hobart dotarliśmy jakoś koło 17. Już po zmroku. Na kolację po polsku czerwony barszczyk i naleśniki z maślakami (rosną tutaj takie wielkie jak „szynszyle”) i kapustą. Pycha… To było wczoraj.

Dziś dłuższe spanie. Potem Salamanca Market. Kupiłem, zimowe skarpety i buty z owieczki. Będą jak znalazł na naszą zimę. Potem ostatnie zakupy na „wyprawę” do Kimberley. To już od jutra. Rano pobudka około 4.30, bo samolot do Broome przez Melbourne mam o 6.05. Dwa dni spędzę w Broome, a potem się zacznie „sześć dni, które zmienią moje życie”. Wiem, że juz nigdy nie będzie tak jak było wcześniej. Zawsze tak jest przy ważnych wyprawach. Już wiem, że tam mogę liczyć tylko na kawiarenki internetowe. Proszę więc o cierpliwość. Odezwę się na pewno po powrocie z dzikich miejsc do Melbourne. Ale to za 8 dni. Kupiłem dodatkową kartę na ponad 1000 zdjęć. Będę je na pewno pokazywał jeszcze przez wiele miesięcy. Na razie proszę zobaczyć plon ostatnich dni. Dziękuję za sygnały z kraju. Wiadomości dobre przeplatają się ze złymi, ale takie widać nasze życie. Zdrowia i do następnego!

Cradle MountainCradle MountainCradle MountainCradle Mountain
Cradle MountainCradle MountainCradle MountainCradle Mountain
Cradle MountainCradle MountainCradle MountainCradle Mountain
Cradle MountainCradle MountainCradle MountainCradle Mountain
Cradle MountainCradle MountainCradle MountainCradle Mountain
Cradle MountainCradle MountainCradle MountainCradle Mountain
Cradle MountainCradle MountainCradle MountainCradle Mountain
Cradle MountainCradle MountainCradle MountainCradle Mountain
Cradle MountainCradle MountainCradle MountainCradle Mountain

Pozostałe wpisy
» Downtown... (2017-10-18, 05:05)
» Deszczowa pułapka... (2017-10-15, 19:54)
» Ringo... (2017-10-14, 08:28)
» Miasto, które nigdy nie zasypia... (2017-10-13, 07:57)
» Powrót do Vegas... (2017-10-12, 07:07)
» Page... (2017-10-10, 06:46)
» W drodze... (2017-10-09, 22:22)
» Ogród Bogów... (2017-10-08, 05:55)
» Colorado... (2017-10-07, 05:55)
» Arches / Aspen... (2017-10-04, 05:55)
Marek Niedźwiecki RSS Feed

Ten blog to wyraz moich osobistych poglądów. MN